Do licznych krytyków władz w obszarze jakości powietrza dołączyła niedawno Najwyższa Izba Kontroli. Stan realizacji zaleceń z poprzedniego raportu nie napawa optymizmem. Jednak nawet jeśli podejmowane i planowane działania przyniosą zakładane skutki, na realny efekt w postaci czystszego powietrza w Polsce przyjdzie jeszcze poczekać.

Dyskusja wokół smogu ożywa w Polsce wraz z nastaniem sezonu grzewczego. W tym roku już pod koniec lata na nowo ożywiła ją Najwyższa Izba Kontroli, publikując raport pokontrolny pt. „Ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami”. Nie jest to pierwszy taki dokument, NIK bada sytuację w tej dziedzinie od dłuższego czasu. Poprzedni raport – za lata 2008–2014 – wskazywał na nieskuteczność działań organów władzy w sferze ochrony powietrza. Również ten najnowszy – obejmujący lata 2014–2018 – krytycznie odnosi się do podejmowanych działań.

Ministerstwo Środowiska, które wydaje się naturalnie najbardziej powołane do ochrony powietrza, otrzymało od NIK ocenę jednoznacznie negatywną, za de facto brak działań. Ministerstwo Energii, które w swojej działalności próbuje godzić interesy nadzorowanych spółek z wymaganym przez Komisję Europejską bardziej nowoczesnym podejściem do energetyki, także zostało ocenione krytycznie. Najlepiej wypadło Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, ale w jego przypadku NIK oceniła tylko jedną inicjatywę – rozporządzenie w sprawie wymagań dla kotłów na paliwo stałe. Pojawiło się ono w założonym wcześniej terminie, ale jak to często bywa z polskimi aktami prawnymi, wymaga uzupełnienia. Ocena działalności pięciu urzędów marszałkowskich jest bardziej zróżnicowana, jednak podkreślono, że tempo realizacji działań naprawczych jest „dalece niewystarczające”. Także działania 13 skontrolowanych gmin uznano za mało skuteczne.

NIK wykazała przykładowo, że w 2016 r. wydatki na ochronę powietrza, realizowane za pośrednictwem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz funduszy wojewódzkich, wyniosły 0,07 proc. produktu krajowego brutto. Trudno  spodziewać się, żeby wydatki tego rzędu przynosiły oszałamiające efekty. Raport podkreśla także rezygnację z realizowanego przez te fundusze programu „Kawka”, którego celem było finansowanie przedsięwzięć związanych z poprawą jakości powietrza.

Nie tylko o pieniądze tu jednak chodzi. Audytorzy z NIK dołączyli bowiem do krytyków takich dokumentów, jak projekt rozporządzenia w sprawie parametrów jakościowych paliw stałych, W założeniu miało ono wyeliminować najgorszego typu węgiel z rynku, także ograniczając jego import. Krytycy, w tym NIK, twierdzą, że przygotowane przepisy służą bardziej lobby węglowemu, zapewniając zbyt dla jego produkcji, niż obywatelom.

Także tak zwana taryfa antysmogowa – zakładająca niższą cenę za pobór energii elektrycznej w nocy – może nie spełnić zakładanej roli. Zdaniem audytorów, może ona nie gwarantować niższych kosztów ogrzewania w sytuacji wykorzystywania urządzeń grzewczych przez więcej niż 8 godzin w ciągu doby. Rozporządzenie było wprowadzane z wielką pompą, nie widać jednak jak na razie spektakularnych efektów.

Mimo alarmujących głosów ze strony nie tylko organizacji pozarządowych, ale także niektórych przedstawicieli administracji państwowej – oprócz NIK swój mocno krytyczny raport przedstawiło niedawno Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii – wciąż słychać w Polsce głosy przeciwne bardziej radykalnym zmianom. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że można palić „czystym węglem”. Czysty węgiel to jednak mrzonka, szczególnie, że jakość urządzeń używanych do jego spalania pozostawia wiele do życzenia.

Właśnie takie mało efektywne piece to jedno z głównych źródeł zanieczyszczeń. Ich obecność w domach Polaków jest silnie związana z problemem tzw. ubóstwa energetycznego – stanu, w którym zapewnienie energii elektrycznej i ciepła jest dla gospodarstwa domowego problemem ze względu na niski dochód.

Przedstawiciele rządu lubią powtarzać, że energia elektryczna i ciepło są w Polsce relatywnie tanie w porównaniu z krajami o znaczącym udziale energetyki odnawialnej. Rzadziej jednak przywoływane są na przykład dane Eurostatu, zgodnie z którymi płacona przez polskie gospodarstwa domowe cena energii elektrycznej liczona według parytetu siły nabywczej (w odniesieniu do kosztu innych towarów i usług) jest jedną z najwyższych w Unii Europejskiej. Z kolei według badania zrealizowanego przez Instytut Badań Strukturalnych stan ubóstwa energetycznego dotyczy 4,6 mln osób w Polsce (czyli ok. 1,3 mln gospodarstw domowych), a trzy czwarte z nich mieszka w domach jednorodzinnych. Większość żyje na wsi i w małych miastach.

Domów jednorodzinnych w Polsce jest łącznie ok. 5 mln. Wiele z nich nadal jest ogrzewanych „kopciuchami”, wiele też wymaga termomodernizacji. W niejednym budynku energia cieplna ucieka przez nieszczelne okna, drzwi i słabo izolowane mury. Palenie śmieciami i złej jakości paliwem zdarza się także w „bogatych” okolicach i może świadczyć o skąpstwie właścicieli domu. Nie zmienia to faktu, że wciąż wiele gospodarstw domowych w Polsce nie ma funduszy potrzebnych do tego, by zmniejszyć swój ślad węglowy. Na ile sytuację zmieni uruchomiony niedawno rządowy program „Czyste powietrze”, czas pokaże. Dziesięcioletni program wart jest niebagatelne 103 mld zł i ma zapewnić właścicielom domów wsparcie finansowe na ocieplenie domu, wymianę okien lub wymianę starego kotła grzewczego na mniej emisyjny.

Nadal są też w Polsce tereny miejskie, gdzie istotna część budynków wielorodzinnych jest ogrzewana za pomocą kotłów węglowych. Tu sytuacja jest o tyle prostsza, że firmy zajmujące się ciepłownictwem deklarują chęć poszerzania swoich sieci dystrybucyjnych. Nie są to jednak inwestycje, które realizuje się błyskawicznie. Wymagają także współpracy ze strony nie tylko właścicieli budynków, ale i samorządów. Duże firmy energetyczne swoje decyzje, dotyczące np. budowy lub modernizacji elektrociepłowni, mogą też uzależnić od rządowego wsparcia dla kogeneracji – produkcji energii elektrycznej i ciepła w skojarzeniu. Aktualny system wsparcia obowiązuje do końca roku, projektowany nowy musi zaakceptować Komisja Europejska.

Rozbudowa sieci gazowej także mogłaby przyczynić się do zmniejszenia poziomu szkodliwych emisji. Spalanie gazu ziemnego nie powoduje tylu zanieczyszczeń, co spalanie węgla. Dziś jednak sieci gazowe dostępne są jedynie na 59 proc. powierzchni kraju. Zgodnie z niedawną deklaracją przedstawiciela Ministerstwa Energii, planowane jest zwiększenie tego wskaźnika do 62 proc. w 2020 r.

Zarówno raport NIK, jak i inne działania urzędów centralnych koncentrują się właśnie na ograniczaniu emisji z ogrzewania domów i mieszkań. Osobny temat to spaliny samochodowe – a liczba samochodów osobowych w Polsce wciąż rośnie. Nie widać na horyzoncie pomysłów, jak stawić czoła temu wyzwaniu.

Można jednak zapytać, co z wielkimi trucicielami przemysłowymi. Choć Polska „stoi na węglu”, to wbrew pozorom nie elektrownie czy elektrociepłownie węglowe odpowiadają za gros zanieczyszczeń. Emisje przemysłowe nie są oczywiście bez znaczenia, ale przemysł jest ściśle monitorowany niż gospodarstwa domowe i podlega coraz bardziej restrykcyjnym normom. Obecnie w Unii Europejskiej trwają dyskusje nad kształtem jej dalszej polityki klimatycznej. Polska, ze względu na charakter swojej gospodarki, gra tu raczej rolę spowalniacza i od węgla odchodzić nie chce, a jedynie redukować jego udział w energetyce. Możemy jednak oczekiwać raczej coraz większego parcia na „czystą” energię i ograniczanie emisji CO2.

Źródło: newsweek.pl